|
Świat w zupełnie innym stylu, czyli 30 lat grupy Pod Budą
Rozmawiał Jerzy Armata
- Starałem się wyławiać drobiazgi i na ich bazie tworzyć historyjki, mam nadzieję mówiące o sprawach istotnych - mówi Andrzej Sikorowski. Z okazji 30-lecia grupy Pod Budą rozmawiamy z nim oraz Anną Treter
Jerzy Armata: W tym roku obchodzicie 30 urodziny zespołu. Od kiedy liczycie staż grupy, bo wydaje mi się, że - jako Pod Budą - jesteście trochę starsi?
Andrzej Sikorowski: - Nie przyjmujemy żadnej konkretnej daty. Można by uznać za początek grupy luty 1977 r., czyli datę ostatniej premiery kabaretu Pod Budą, podczas której został zauważony zespół muzyczny. W krytycznych recenzjach, bo program nie był najlepszy, pisano, że godny uwagi w tym kabarecie jest jego zespół muzyczny.
Anna Treter: - Pierwsza samodzielna publiczna prezentacja zespołu odbyła się kilka miesięcy później na Famie, gdzie dostaliśmy nagrodę. Dla mnie to jest prawdziwy początek.
Ale przecież istnieliście wcześniej, byliście nawet dość znani, pamiętam to doskonale.
A.S.: - Wtedy jednak nie tworzyliśmy samodzielnego zespołu, a byliśmy grupą muzyczną Kabaretu pod Budą, która stanowiła jego integralną część.
A.T.: - Nasze numery były częścią programu kabaretu.
A.S.: - Do kabaretu doszlusowałem w 1975 r., Anka i Janek Hnatowicz oraz Chariklia, moja późniejsza - i obecna - żona, już tam byli.
A.T.: - Ja byłam w Budzie od 1972 r. Janka, mego późniejszego - i obecnego - męża, właśnie tam poznałam, na pierwszej próbie. Trafiłam do kabaretu jako akompaniatorka, za koleżankę, która wcześniej dostała propozycję, ale z niej nie skorzystała i wypchnęła mnie.
A.S.: - W 1974 r. po raz pierwszy poszedłem do piwnicy, gdzie występował Kabaret pod Budą, ale jako widz. Program mi się spodobał, był profesjonalnie przygotowany. Potem Bogdan Smoleń zaproponował mi zastępstwo w kabarecie za... dziewczynę, która... została moją żoną. Chariklia wyjeżdżała wtedy do Grecji. Ona jest Greczynką, choć urodziła się w Polsce, pochodzi z rodziny emigrantów politycznych. Wtedy pierwszy raz jechała do swojej ojczyzny, a tu kabaret dostał propozycję od Estrady, by przez cały miesiąc występować dla turystów. Smoleń potrzebował kogoś, kto ją zastąpi. Miałem swymi balladami wypełnić powstałą w programie dziurę.
Czy znaliście się wcześniej?
A.S.: - Wiedzieliśmy o sobie, ale była to bardzo luźna znajomość. Przylgnąłem jakoś do kabaretu i już w nim zostałem. Została i ona. Potem doszło do sytuacji, w której - moim zdaniem - została przeważona pewna szala wartości. Ta kapela z piosenkami, które tam się zaczęły rodzić, dość szybko rozsadziła kabaret.
Od tego czasu - jak pamiętam - zaczęliście występować jako Grupa pod Budą, a nie grupa muzyczna Kabaretu pod Budą. Zespół od początku był grupą opartą na więzach nie tylko artystycznych, ale i przyjacielsko-rodzinnych. Jego trzon tworzyły przecież dwa małżeństwa.
A.S.: - I skoligacony basista.
A.T.: - Żartowaliśmy nawet, że Krzysiek Gawlik, który grał na skrzypcach, nie był z rodziny, więc musiał z zespołu odejść.
A.S.: - Przyjaźniliśmy się bardzo, spędzaliśmy ze sobą większość czasu. Mieliśmy podobne zapatrywania na politykę, literaturę, muzykę, wspólnie słuchaliśmy tych samych płyt. Ponadto pochodziliśmy z tego samego pokolenia, byliśmy wychowani na tych samych wzorach, hołdowaliśmy tym samym modom...
A.T.: - Jeśli w ogóle jakimś modom hołdowaliśmy. Nasza działalność muzyczna miała więc silne uzasadnienie towarzyskie.
Byliście więc grupą przyjacielsko-towarzyską, na bazie której powstał zespół. Te więzi przetrwały. W „dorosłym”, ustabilizowanym życiu mieszkacie po sąsiedzku...
A.S.: - Zawsze mieszkaliśmy blisko, kiedyś w jednym domu w Podgórzu...
A.T.: - A wcześniej, jeszcze w czasach studenckich, kiedy się często mieszkania zmieniało, niejednokrotnie pomieszkiwali jedni u drugich.
Podczas tych 30 lat istnienia Budy każde z was realizowało również solowe projekty. Ty, Andrzej, występujesz i nagrywasz z Grześkiem Turnauem, ostatnio coraz częściej z córką. Ty, Aniu, wydałaś już trzy solowe płyty, przygotowujesz się do następnej... Często takie indywidualne projekty powodują zadrażnienia w zespole.
A.S.: - Chyba jest tak, że każdy ma swój solowy projekt, a oprócz tego jest jeszcze Pod Budą. Być może gwarancją na długowieczność zespołu było to, że niczego nie robiliśmy na siłę. Buda nigdy nie była obwarowana jakimiś nakazami, zapisami w umowach. Zawsze uważaliśmy, że w zespole powinny panować standardy demokratyczne. Nie był to zespół z określonym liderem. Jeśli ludzie spoza grupy próbowali mnie na takiego lidera kreować, chowałem się pod szyld zespołu, nie chciałem, by to było Andrzej Sikorowski & Pod Budą, a po prostu Pod Budą. Tak naprawdę tego zespołu nigdy nikt nie założył, on się stworzył sam. Nie ma założyciela, więc i rozwiązać go jednoosobowo nikt nie może. Może odejść, ale nie rozwiązać. Nigdy nie zakładaliśmy, że jego członkowie nie mogą sobie czegoś tam obok nie robić. Jeśli ktoś miał ochotę nagrać własną płytę, to ją nagrywał i nikt z tego powodu się nie denerwował. Wręcz odwrotnie. Jak kiedyś, niejako przez przypadek, zacząłem występować z Turnauem, to tylko staraliśmy się tak układać kalendarz, by koncerty nie kolidowały ze sobą.
Wszystkie wasze solowe projekty zazębiają się - artystycznie i osobowo, wyrastają z jednego pnia, jakim - moim zdaniem - jest Buda.
A.S.: - Więź tych 30 lat jest bardzo silna. To musi przecież jakoś oddziaływać.
A.T.: - Dla mnie Buda jest czymś nietykalnym. W momencie, kiedy po głowie zaczęły mi chodzić pewne - nieco odmienne stylistycznie - pomysły, doszłam do wniosku, że najlepszym wyjściem będzie zrobienie czegoś obok.
A.S.: - Ten wspólny pień jest zrozumiały, bo jeśli wymyśliłem sobie patent na opisywanie świata, to będzie on taki sam w piosenkach Budy, tych wykonywanych przez Majkę czy tych zaśpiewanych z Grześkiem. Podobnie z muzyką. Może prymitywna, oparta na pięciu chwytach, ale jest to fraza Sikorowskiego. Ja się już nie zmienię.
W waszej 30-letniej działalności dostrzegłem jednak pewną przerwę. Były takie dwa, trzy lata, kiedy istniała nieformalna grupa Sami, czyli Andrzej Sikorowski, Krzysztof Piasecki i Andrzej Zaucha.
A.S.: - Buda wtedy też istniała, wprawdzie bez Ani, która z mężem wyjechała do Stanów, ale istniała. Występowałem w okrojonym składzie, z basistą i pałkerem. Wtedy nagrałem także płytę solową. A występy z Piaseckim i Zauchą to klasyczna estradowa składanka - ja robiłem za lirykę, Krzysiek za satyrę, a Andrzej za ogólnie rozpoznawalną małpę, która zakładała szmatę na głowę i śpiewała "Ali Babę". Ludzi strasznie to kręciło.
Andrzej, chciałbym zapytać cię o sprawy literackie, o twoje opisywanie świata. Z jednej strony to realizm, z drugiej poezja z elementami magicznymi. Znam cię jako osobę z temperamentem, często dyskutującą o polityce. A tej polityki w twych tekstach nie ma. Jest świat nieco wyidealizowany, w którym liczą się sprawy najprostsze - prawda, uczucie, wspomnienie nieodległej przeszłości, bez względu na panujące tzw. uwarunkowania społeczno-polityczne.
A.S.: - Staram się opisywać pewne zjawiska. Owszem, zdarzały się piosenki z nutą publicystyczną, jak choćby "Tok szoł", one jednak były w mniejszości.
Ale nawet one bardziej dotyczyły jednak zmian w sferze obyczaju, niż spraw politycznych, np. zainteresowało cię, że ktoś zamiast w sypialni, zdjął spodnie w telewizji.
A.S.: - Zainteresowała mnie głupota, którą wszędzie i zawsze można dostrzec. Te publicystyczne tematy stanowią jednak w mojej twórczości zdecydowaną mniejszość. To zdarzało się wtedy, kiedy coś mnie ogromnie dotknęło albo zabolało. W większości piosenką próbuję opisać naszą codzienność, przy czym z niej staram się wyławiać szczegóły. One stają się pretekstem do opowiadania jakichś historii. Zawsze uważałem, że piosenka to forma fabularna, to opowiastka z morałem, z pointą. W piosence o filiżance nie chodziło mi o to, że zrobiona jest ona z porcelany, ale wykombinowałem sobie, że ma uszy, którymi podsłuchuje...
W tych czasach ta opowiastka nabiera nowych treści...
A.S.: - ...a jak się rozbiła, to pointa była taka, że tak kończą ci, którzy tylko słuchają
...mówiłeś podsłuchują.
A.S.: - Starałem się wyławiać drobiazgi i na ich bazie tworzyć historyjki, mam nadzieję mówiące o sprawach istotnych.
Twe opisywanie świata dotyka prywatności, która jest niezależna od rzeczywistości ustrojowej. Patrzysz głównie w głąb, nie na zewnątrz.
A.S.: - Zgadza się. Jeśli piszę o przeszłości, to nie wspominam komuny, a młodość.
Wspominasz z sympatią miejsca, których nie ma albo takie, do których się teraz specjalnie nie chodzi, jak SPATiF czy Rio.
A.S.: - Jestem dość mocno osadzony w tradycji. Wywodzę się z tradycyjnej mieszczańskiej rodziny. Mój ojciec urodził się w Rynku Głównym, całe życie spędziłem tutaj, dosłownie każda brama, każde okno z czymś mi się kojarzy. Mentalnie należę chyba do dawnej epoki. Jest we mnie tęsknota do świata, którego nawet nie umiem nazwać, którego nie byłem udziałowcem, który znam tylko z opowieści moich rodziców czy z filmów. Dlatego napisałem, że "tęsknię za światem fiakrów i dorożek".
Problemów z cenzurą raczej nie miałeś?
A.S.: - Zdarzyły się, ale tylko dwa razy, raz wyleciała zwrotka, raz jedna linijka. Kiedyś - na długo przed stanem wojennym - napisałem, że "z latarni wrona zwisa głową w dół".
Czyli wtedy, kiedy jeszcze nie zwisała.
A.S.: - Więc zamieniłem ją później na słowika.
Wracając do Budy, ile zagraliście koncertów w ciągu tych 30 lat?
A.S.: - Ponad trzy tysiące.
A.T.: - Kiedyś przeliczaliśmy to na ilość objechanych równików czy wanien wypitej wódki.
A.S.: - Były takie lata, że graliśmy po 150 koncertów rocznie.
Pamiętam, jak w 1981 r. kabaret Elita dał w Związkowcu osiem programów w ciągu doby. Pierwszy zaczynał się o dziewiątej rano.
A.T.: - A my siedem, pierwszy o dziesiątej.
A.S.: - W Poznaniu zdarzyło się chyba i osiem. Taka taśmowa robota - Buda, pokaz mody, zmiana publiczności itd... Tak się nieraz grywało.
Które koncerty utkwiły wam szczególnie w pamięci?
A.S.: - Trudno powiedzieć. Były koncerty w wielkich salach, które kończyły się owacją na stojąco, co niewątpliwie jest niezwykle miłe dla każdego artysty, ale były i te w małych klubach studenckich. Kto wie, czy nie pełniejsze emocji.
A.T.: - Dla mnie ten rok jest czasem dużych wzruszeń. Przygotowaliśmy program złożony z dwudziestu kilku piosenek, gramy go w bardzo dużych salach. Wszystkie kończą się owacją na stojąco.
Te jubileuszowe koncerty to w zasadzie występy dla znajomych. Wychowaliście przez te 30 lat kilka pokoleń słuchaczy. Ci najdawniejsi przychodzą teraz ze swoimi dziećmi...
A.T.: - ...i wnukami.
Co było najważniejsze w tych 30 latach?
A.S.: - To wielkie szczęście to móc robić to, co się lubi i jeszcze za to dostawać pieniądze. I w ten sposób przeżyć prawie całe swoje dorosłe życie.
A.T.: - Dokładnie to samo przychodzi mi na myśl. Przy okazji poznaliśmy wielu świetnych ludzi, zobaczyliśmy tyle cudownych miejsc.
Co planujecie po trzydziestce?
A.S.: - Trudno powiedzieć. Myślimy, żeby się jeszcze w to bawić, ale czy to będzie Buda, czy nie... Czuję nieco inne wyzwania, choćby w postaci córki, której dostarczam repertuaru. Z Budą już napisałem wszystko, co miałem do napisania.
A.T.: - W tej chwili ostro wzięłam się za przekazywanie młodym ludziom tego, czego się w ciągu tych lat nauczyłam. Prowadzę Piosenkarnię, zakładam fundację, która będzie służyła propagowaniu piosenki literackiej. Myślę, że w przyszłym roku nagram kolejną solową płytę...
Będzie zatem każde z was realizować swe indywidualne projekty, a od czasu do czasu się spotkacie i znów z Budą „pójdziecie na całość”?
A.S.: - Być może tak.
"Antologia" Pod Budą
Z okazji 30-lecia istnienia zespołu ukazał się okazały BOX, zatytułowany "Antologia", zawierający 10 płyt monograficznych ("Grupa Muzyczna Pod Budą", "Postscriptum", "List do świata", "Lecz póki co żyjemy", "Blues o starych sąsiadach", "Jak kapitalizm to kapitalizm", "17 zim", "Tokszoł", "Żal za...", "Razem") oraz bonusowego dvd, na którym znalazły się fragmenty koncertów ("Bardzo smutna piosenka retro", "Tokszoł") , recitali ("W naszym ogrodzie", "List do świata") i 10 wybranych teledysków zespołu. W sumie - 183 piosenki.
wywiad ukazał się w Gazecie Wyborczej 19.10.2007
|