|
Rozmowa z Anną Treter
- Artystki czasami decydują się na dość zaskakujące poczynania, byle tylko ich płyta jak najlepiej się sprzedała. Ale po pani chyba nie można się spodziewać, że wystąpi na przykład w „Playboyu", by wypromować swoją solową płytę - „Może tak, może nie"?
- „Playboy"? Nie! Parę pism proponowało mi, bym w ramach takiej promocji wymyśliła jakiś skandal albo opowiedziała o intymnych szczegółach mojego życia na łamach kolorowych magazynów dla pań. Nie zgodziłam się na to, bo nie interesuje mnie taka promocja. Poza tym, w moim życiu nie ma żadnych skandali, a ja nie mam zamiaru niczego aranżować na użytek prasy kolorowej. Zresztą, moi słuchacze chyba niczego takiego nie oczekują ode mnie.
- Pojawienie się pani solowej płyty nie oznacza wcale, że grupa Pod Budą się rozpadła albo pani z niej odeszła, prawda?
- Nic takiego się nie stało, a najlepszym dementi niech będzie fakt, że całkiem niedawno nagrywaliśmy płytę live z największymi przebojami. Ten album się ukaże w listopadzie.
- Pewnie spotkała się pani kiedyś z zarzutami, że występuje w cieniu zespołu Pod Budą, a głównie jej lidera Andrzeja Sikorowskiego.
- Rzeczywiście, czasem takie opinie słyszałam od moich znajomych. Mówiono na przykład, że się marnuję. Ale mnie z tym było i jest dobrze. Moja rola w Budzie jest dla mnie w zupełności wystarczająca.
- Mieszka pani na wsi pod Krakowem, podobno w urokliwym miejscu, a za sąsiada ma pani Andrzeja Sikorowskiego....
- Nie tylko, bo nasze osiedle jest bardzo artystyczne. Moją sąsiadką jest też Anna Dymna i śpiewaczka operowa pani Zawiślak - Dolny. Latem wylegamy do swoich ogródków, by pogadać, czasem spotykamy się przy winku. Ale jednocześnie potrafimy też uszanować swoją prywatność i nie nachodzimy się kilka razy dziennie.
- Ogród to podobno pani pasja.
- Już nie, choć kiedyś to był mój konik. Zwłaszcza w okresie - nazwijmy to - kreowania, kiedy wprowadziliśmy się tu dziesięć lat temu. Teraz ogród wymaga tylko pielęgnacji. A jako, że jest to zajęcie raczej odtwórcze, mniej to mnie interesuje. Do tego kiedyś miałam kręgosłup w trochę lepszym stanie. Obecnie do pomocy w ogrodzie mam młodą ogrodniczkę.
- Jeśli nie ogród, to co jest pani pasją, której poświęca pani wolne chwile?
- Ależ ja nie mam w ogóle wolnych chwil. Praca w zespole Pod Budą oraz bycie liderką własnej grupy, producentką płyty i wykonawczynią na koncertach, tak bardzo mnie pochłania, że nie pamiętam już, co to czas wolny. Cudem udało mi się wyjechać na kilka dni na Rodos . Jedyna rzecz, na
którą sobie pozwalam, to codziennie godzina pływania w basenie ( niestety nie swoim )
- Czy czasami, po całym dniu pracy, nie myśli pani: „Po co mi to było! Mogłam przecież pracować w biurze od ósmej do szesnastej i mieć święty spokój!". Bo studiowała pani ekonomię...
- Tak, czasami nachodzi mnie taka refleksja: „Może teraz byłabym główną księgową w jakimś biurze i całkiem nieźle zarabiała...". Ale chyba nie wytrzymałabym związania z jednym miejscem. Osiem godzin za biurkiem? To nie dla mnie, bo ja ciągle szukam nowych zajęć.
- I stąd pojawił się pomysł na solową płytę?
- Na pewno nie z chęci wyzwolenia się spod jarzma zespołu Pod Budą. (śmiech) Ale miałam ochotę zaistnieć w projekcie autorskim, który dotyczyłby mnie osobiście. Chciałam w tekstach piosenek wyrazić samą siebie.
- Niegdyś komponowała też pani piosenki dla zespołu Pod Budą. W czym pani się lepiej czuje - w pisaniu melodii czy w tworzeniu tekstów piosenek?
- Już nie komponuję, bowiem mam pod bokiem znakomitego kompozytora - Jana Hnatowicza, prywatnie mojego męża. Mogę zatem przebierać i wybierać spośród piosenek, jakie pisze. I jeśli zachodzi taka potrzeba, to zamawiam u niego piosenkę rano, a wieczorem już ją mam. Tak zdarzyło się, kiedy tworzyliśmy tę płytę. Któregoś dnia usłyszałam przez ścianę melodię napisaną przez męża. Natychmiast zarezerwowałam ją dla siebie.
- Jak dużo waszego czasu domowego zajmuje mówienie o muzyce?
- Bardzo dużo! Całe nasze życie toczy się wokół muzyki, więc jest to chyba zrozumiałe. Niestety, czasami dochodzi też do sporów na ten temat. Potem są dni milczenia... Zwykle sprzeczamy się o to, jaki kształt powinna mieć piosenka, czy ma być smutna czy radosna, wytykamy sobie na przykład: „to mi się nie podoba!" albo „te słowa powinny być inne".
- Potrafi pani przyjmować z pokorą krytykę innych na temat swojej twórczości?
- Jestem osobą bardzo wrażliwą , więc na krytykę chyba też.
- Na pani nowej płycie jest piosenka „Ćmy barowe". Jestem ciekawa, czy jej tekst powstał z pani osobistych doświadczeń, bo lubi pani nocne życie?
- Nie, sama nie lubię przesiadywać w barach i wcale tam nie chodzę. Zresztą, nie piję alkoholu... A piosenka powstała z zafascynowania obrazem Edwarda Hoppera „Night hawks „ .To piosenka o samotności.
- Smutna jest też inna piosenka na płycie - „Czwarta B."...
- Napisałam ją po obejrzeniu reportażu o dwojgu zakochanych nastolatkach z dobrych , szczęśliwych domów, którzy pewnego dnia wyszli jak co dzień do szkoły i już nie wrócili, bo popełnili samobójstwo. Przypomniałam sobie wtedy o moich szkolnych kolegach, również zakochanej parze, która też pozbawiła się życia. Dotąd nie wiadomo dlaczego.
- Ale nie tylko same smutne piosenki są na pani płycie, prawda?
- Więcej jest radosnych utworów, w których na przykład żartobliwie próbuję podejść do upływającego czasu. Do tego, że mimo iż mam tyle lat co mam, nadal śpiewam i chce mi się występować.
- Zatem życzę pani nadal takiej radości życia. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Monika GAPIŃSKA
Artykuł
zamieścił
14.10 2005
Aby
przenieść się na stronę gazety wystarczy kliknąć na powyższe
logo
|