powrót
ustaw jako stronę startową
dodaj do ulubionych

    Jesteś na stronie  
 

Jestem nieprawdopodobnie tolerancyjny
Bogusław Sobczuk rozmawia z Janem Hnatowiczem

Pamiętasz swoją pierwszą gitarę?

Oczywiście! Wybłagałem ją u rodziców, którzy kupując ją, miotani byli sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony chcieli mi sprawić przyjemność, z drugiej obawiali się, że moja małoletnia namiętność do gitary przewyższy moją pasję edukacyjną. Obawiali się zresztą jak najsłuszniej.

Skąd się wzięło to z gitarą?

Ze słuchania pana Dziewiątkowskiego i z harcerstwa. Pan Dziewiątkowski, który później z Izabellą Skrybant i z kimś jeszcze założył "Tercet Egzotyczny", był często słuchany w moim domu z bakelitowych płyt i grał przepięknie - jak mi się wtedy wydawało - na gitarze. Z przekonaniem o absolutnej wirtuozerii gitarowej Pana Dziewiątkowskiego pojechałem jako mały szkrab na obóz harcerski, na którym był jeden koleżka z własną gitarą. Był on nie tyle gitarzystą, co właścicielem gitary, ale samo to wystarczało, by harcerki szalały za nim, traktując go jak jakiegoś Presleya. On sam słusznie bronił swojego monopolu na tę gitarę, ale raz pozwolił mi jej dotknąć, brzdęknąć; gdy wziąłem ją do ręki, bardziej poczułem niż pojąłem, że to będzie to! Miałem wtedy 10 lat.

A czy w ciągu tych 10 lat jakoś nasiąkałeś muzyką?

Wydaje mi się, że od zawsze, od początku. Mam nawet zdjęcie z akordeonem, większym od siebie, ale miałem wtedy 4 lata. Potem długo traktowałem to zdjęcie jak obciachowe, ze względu właśnie na akordeon, ale ślad jest. Mój tato interesował się muzyką poważną i grał na trąbce, a mama bardzo ładnie śpiewała w chórze kościelnym. W domu słuchało się radia, no i był adapter; pamiętam liczne płyty, czarne, tłukące się, a na nich "Mazowsze", Kurtycza, Gniatkowskiego. Do dzisiaj wspominam sobotnie wieczory, gdy wraz z siostrą, już wykąpani, w łóżkach, z nabożeństwem słuchaliśmy "Rewii piosenek" Kydryńskiego, a w niej muzyki tak innej od zespołu mandolinistów Ciukszy, prezentowanej przez kogoś tak egzotycznego - przez to "r", przez znajomość zagranicznych gwiazd - że nam, dzieciom z prowincji wydawał się kimś w rodzaju Marsjanina.
A z tą pierwszą gitarą kupioną przez rodziców nie rozstawałem się ani na chwilę, po prostu chodziłem z nią do szkoły. Była to Męska Szkoła Podstawowa nr 1 w Brzesku, w której jako 5-klasiści, założyliśmy zespół muzyczny: ja grałem na gitarze, a Andrzej Żurek, późniejszy "Zupa" na pianinie. Pojęcia nie mam jakim byłem wtedy gitarzystą, ale wiem na pewno, że gitarabyła dla mnie znakiem awansu środowiskowego, bardziej wyrazistym, niż moje skromne osiągnięcia sportowe. Szkołę ukończyłem - mimo sportu i gitary...

...i miałeś się za gitarzystę.

A skądże! W brzeskim liceum dopiero zacząłem mieć pod górkę. Panowała tam cała polityka zwalczania muzykujących uczniów, bo big-bit to było "chuligaństwo, papierosy, krótki rozum, długie włosy". Odkręciło się dopiero wtedy, gdy syn dyrektora zaczął na czymś grać, ale to było sporo później, więc na razie musieliśmy zejść do podziemia, czyli do klubu młodzieżowego, gdzie graliśmy "Skaldów", "Czerwone Gitary" a nawet "Schadowsów". Otaczała nas aura gości z licealnej opozycji, rósł prestiż środowiskowy, tu i ówdzie mówiono, że jestem dobrym gitarzystą - piękne to były czasy!

Nie przyszło ci wtedy do głowy, żeby nauczyć się naprawdę?

Nie musiało przychodzić, zawsze chciałem, ale to było Brzesko, w którym jedynym nauczycielem gry na gitarze był akordeonista. Zniechęcające. A nie stać mnie było na jazdy po naukę do Krakowa. Do dzisiaj żałuję.

Uchodzisz za mistrza...

Ale to nie całkiem tak. Jestem samoukiem, brakuje mi wiedzy muzycznej, więc teoretyczne braki nadganiam intuicją, wewnętrznym głosem, który mnie na ogół - i na szczęści! - nie zawodzi. Ale ponieważ nie udało mi się regularnie uczyć, obserwowałem i słuchałem innych, podpatrywałem, wzorowałem się; bardzo dużo zawdzięczam wielu ludziom.

Na kogo patrzyłeś, kogo "podsłuchiwałeś"?

Bardzo wielu, w tym najsłynniejszych gitarzystów ale nie po to, żeby kopiować solówki, zagrywki czy chwyty! Ja słuchałem ich, ale tak naprawdę słuchałem, jak ta ich muzyka do mnie dociera, słuchałem ich, jeśli tak można to ująć, z końcowym nastawieniem tej obserwacji na siebie. To były niemal te same nazwiska, i światowe, i kolegów z kraju, ale nie chcę wymieniać żadnych, bo nie chcę któregoś pominąć. A poza tym strasznie tego dużo, bo ja słucham niemal wszystkiego, od delikatnej poetyckiej po najcięższy heavy metal.

Tyle - na razie - o "gitarowaniu", a o komponowaniu?

Po prostu robiłem to od dziecka, czyli od zawsze. Stale układałem jakieś melodyjki, piosenki, aż kiedyś w kabarecie "Pod Budą" ktoś zaproponował mi, żebym coś skomponował i zrozumiałem, że to był początek czegoś innego, poważniejszego. Ale była to refleksja nie kompozytora, raczej układacza piosenek; kompozytor siedzi przy fortepianie i w ciągu kilku godzin wymyśla poważne rzeczy. A ja biorę gitarę i wcielam w dźwiękowe życie różne swoje pomysły, najczęściej na piosenkę.

Teoretyków tego gatunku, "najwyżej wtajemniczonych" jest niemało; czy masz jakiś swój pogląd w tej sprawie?

Myślę, że ten gatunek rządzi się swoimi prawami: moim zdaniem piosenka musi być po pierwsze prosta, co wcale nie jest takie proste. Po drugie musi być melodyjna, bo powinna być łatwo przyswajalna, słuchacz winien mieć poczucie jakiejś sprzyjającej mu, nieproblemowej sytuacji.

Muzyka lekka, łatwa i przyjemna?

Nic podobnego. Raczej złoty środek między niedopuszczalnym prostactwem, a pretensjonalnym przekombinowaniem. Przyznam ci się, że bardziej zniechęcają mnie koledzy, którzy sadzą się, żeby pokazać jakie też znają skomplikowane rozwiązania harmoniczne i przeładowują nimi utwór bez umiaru.

Czy pamiętasz swoją pierwszą piosenkę skomponowaną na prawdziwe zamówienie?

Oczywiście. Zamówienie było złożone - i przyjęte! - w gronie członków kabaretu "Pod Budą" działającego w swoich początkach w akademiku Wyższej Szkoły Rolniczej przy ul. Ziaji w Krakowie. Nie pamiętam kto podsunął mi wiersz "Szli tędy ludzie biedni, prości", ale pamiętam kto (po szczęśliwym jej skomponowaniu) śpiewał tę piosenkę na Festiwalu Piosenki Studenckiej, otóż my wszyscy! - Anka, Alek Gałka, Smoleń a nawet ja. I wygraliśmy festiwal! Dostaliśmy główną nagrodę, co było dla nas wielką niespodzianką, a dla mnie osobiście wielkim rozczarowaniem, nie mieściło mi się bowie w głowie, że oto jesteśmy laureatami. Laureaci to były przecież te indory, Grechuty, Wojnowskie, Czarmińskie, ale my? Moje podszyte goryczą rozczarowanie, płynęło z odkrycia, że to takie łatwe, a nawet z ponurego podejrzenia, że może jury się pomyliło! Ale w przyszłym roku uspokoiłem się, bo wszyscy trzej - Cyganik, Smoleń i ja na kolejnym festiwalu dostaliśmy nagrody, zdaje się, główne, każdy za coś innego, ale w związku z tą samą piosenką.

Czy te sukcesy nie obudziły w Tobie podejrzenia o własny talent?

Parę osób mi to nawet mówiło, ale miałem wtedy do siebie dystans i ten dystans na szczęście do dzisiaj mnie nie opuścił. Uważałem, że po prostu ułożyłem kilka piosenek, ale wokół mnie było wielu takich. Miałem przecież przy sobie Sikorowskiego, a przede wszystkim Bellona, widziałem co robią, imponowali mi.

Aż taka skromność?

Powiedzmy raczej - poczucie realizmu.

Wszyscy zmotoryzowani Szwedzi jeżdżą, znakomitym zresztą volvo. Ale Szwedzi mający poczucie wyrafinowania jeżdżą saabem. W ten zawiły sposób - ale wiem, że rozmawiam z miłośnikiem samochodów - próbuję porównać Twoją "specyfikę kompozytorską".

Oba auta rzeczywiście fajne, ale porównanie komplementuje mnie trochę ponad miarę. Żeby jednak nie było tak, że jest ono całkiem bez sensu, przyznaję, że kiedy na przykład Sikorowski nie mógł sobie z czymś poradzić, przychodził do mnie i ja wtedy kombinowałem. Te sytuacje były o tyle zrozumiałe, że gdy ktoś pisze i tekst i muzykę, naraża sie na niebezpieczeństwo, że w końcu coś może powstać kosztem czegoś, nie musi, ale może. A ja mogłem się skupić wyłącznie na jednym.

Dostawałeś teksty "do roboty" czy przeciwnie, przynosiłeś muzykę?

Przeważnie pisałem do tekstów. Starałem się usłyszeć w tych tekstach rytm.

A znaczenia?

Rytm pojmowany nie jako puls wyłącznie, a także jako "puls znaczeń", jeśli pozwolisz mi tak to ująć. Posłużę się przykładem. Malina przywiózł kiedyś z Grecji taką piosenkę "Olarija". Bardzo nam się spodobała, więc ją przetłumaczył i nic - przestało pasować. A tekst był fajny. Więc do tego udanego przekładu Maliny zrobiłem swoją muzykę, zupełnie niegrecką, ale oddającą jak mi się wydawał, atmosferę tej zawieruchy, o której mówił tekst. Uważam, że jest to jeden z najlepszych tekstów Sikorowskiego.

Wymieniasz nazwiska ludzi z "Pod Budą", Bellona - to były sojusze artystyczne, czy przyjacielskie?

Wszystkie moje współprace miały zawsze początek w relacjach międzyludzkich i dlatego miały wpływ na moje życie: cały okres "Budy", "Bukowiny" do śmierci Wojtka, potem ważny dla mnie z muzycznych powodów czas grania z Martyną Jakubowicz i jej muzykami, najlepszymi w kraju... Teraz też jest ciekawie, bo towarzysząc własnej żonie gram z o wiele młodszymi ode mnie ludźmi, pełnymi takiej niebanalnej muzycznej "agresji", fajnego stosunku do siebie - i do mnie!, a co najważniejsze - pokornymi, choć znakomicie wykształconymi.

Kompetencja i pokora? Naprawdę?

Wyobraź sobie, że naprawdę, choć nie dziwię ci się, że się dziwisz. Też pamiętam, że za moich czasów, gdy ktokolwiek cos zrobił, automatycznie uważał się za mistrza świata i trudno było się z nim porozumieć. A muzycy o których mówię mają większą świadomość skali, są obyci bardziej, niż my kiedyś, wiedzą z internetu, że świat jest teraz okropnie wyspecjalizowany i perfekcyjny i że w tej sytuacji przystoi nam poczucie realizmu. No i oczywiście zrozumiałej satysfakcji, gdy u nas rozbłyśnie czasem jakiś "chopinowski" czy "wieniawski" talent.

Często doznajesz takiej satysfakcji w związku z rodzinnym życiem artystycznymw Twojej branży?

Niestety coraz rzadziej; ale nie dziwi mnie to, też "niestety". Dzisiaj nie liczy się wartość samej muzyki, ale wystawa, show; nie to kto i jak śpiewa, ale jak wygląda. To jakiś straszny czas, ale chyba układa się w jakąś logiczną całość: Doda jako piosenkarka, Lepper jako mąż stanu, Rubik jako "poważny" kompozytor. Ale to, mając na uwadze np. Britney Spears, bynajmniej nie nasza specjalność. To jak sądzę efekt stałego polowania różnych telewizji na widza, szczerze mówiąc często prymitywnego, któremu można niemal wszystko wmówić, na przykład to, że jakaś panienka ledwo wydobywająca z siebie byle jaki głos, słusznie reprezentuje Polskę na festiwalu w Sopocie. No i potem jest taki festiwal, jak reprezentantka lub odwrotnie. Ale liczy się głównie to, żeby było "do pokazania" i tu np. Doda nadaje się jak najbardziej, o guście, rzecz jasna nie wspominając. Łatwiej jest przecież sfilmować Rubika blond na monitorze i ogłosić jego zaręczyny z wice miss, niż pokazać Zygmunta Koniecznego w średnio dopasowanej marynarce. Mówię o muzyce popularnej i powołuję się na czas, gdy kupić płytę czy iść na koncert oznaczało decyzję intelektualną, było synonimem wysiłku umysłowego, w efekcie inwestycji w siebie, takiej samej jak przeczytanie książki. A dzisiaj jest empetrójka i dostępność do wszystkiego jak leci. Ale zostawmy na chwilę muzykę: chodziliśmy do kina i do teatru, a serialem byli "Matysiakowie". Dzisiaj tak zwanymi gwiazdami są aktorzy niezliczonych seriali, ale te "gwiazdy" w prawdziwym teatrze i w prawdziwym filmie okazałyby się po prostu bezradne.

Drażni Cię to? Bo mechanizmy objaśniasz klarownie.

Wstydzę się. Czasem do tego stopnia, że przestaję oglądać, bo mam taką cechę, że wstydzę się także za innych. Czuję w tym jakiś podstęp, nieszczerość, także przez samą formę namawiania mnie, żeby powiedzieć wprost - reklamowania. Na przykład Radio Zet lansuje dziewczynkę bez głosu, która nagrywa kolejną płytę, okropnie śpiewającego straszne rzeczy pana Wydrę, nadęte oratorium Rubika, a to wszystko to dla mnie ta sama galanteria, różniąca się jedynie stopniem natężenia tak zwanej okazałości. I zawsze tym występom towarzyszy obietnica, że za jednego smsa dostanę 10 000złotych. Niesmaczne.

Czy to aby nie malkontenctwo pana po pięćdziesiątce?

A skądże! Nie narzekam na większą dostępność, tylko na upadek gustu. W dodatku nie twierdzę, że kiedyś było wyłącznie wybitnie i wartościowo, bo przecież były i koncerty Janusza Laskowskiego i płytowe rekordy "Tercetu Egzotycznego" - i jako najpopularniejsza polska piosenkarka - Greczynka Eleni. Żalę się jedynie na cynizm rozgłośni, których redaktorzy mrugający do mnie, że prywatnie słuchają tylko Góreckiego i Kilara, lansują Wydrę i Dodę, dla tak zwanych "potrzeb rynku". i nazywam to prostytucją, redaktorów oczywiście. I nie przyjmuję do wiadomości tłumaczeń, że taki jest "target", "popyt" konsekwencja demokracji, a nawet tej demokracji jądro. Według tak zdefiniowanego "jądra" Doda z Mandaryną zaspokajają potrzeby popularne, Rubik aspirujące do ambitniejszych, Lepper polityczne, a Rydzyk duchowe; dziękuję bardzo, ale beze mnie.
Ponieważ mogłoby się wydawać, że znowu narzekam, to dla równowagi powiem coiś optymistycznego: ci młodzi muzycy z którymi teraz współpracuję dają mi nadzieję, że może nie zmoże nas tandeta i kicz.

Nie jesteś skory do narzekania?

Raczej nie, teraźniejszość staram się zrozumieć i tym samym rozbroić ją, a przeszłość bawi mnie i wzrusza. No bo sam powiedz: już po poważnym sukcesie w Opolu, jakim była nagroda dla "Kap, kap, płyną łzy" pojechałem do Niemiec i w myjni myłem samochody, żeby zarobić na pierwszą gitarę z prawdziwego zdarzenia. Przywiózł mi ją z Ameryki Krzysiek Ścierański, nazywała się "Fender Stratocaster", kosztowała 600 dolarów, czyli tyle, ile używany samochód i mam ją do dzisiaj. Ale przecież nie tylko ja tak wydziwiałem, jeździło wielu, Piasecki, Żurek "Zupa". Powiedz dzisiaj młodemu artyście estrady, że za koncert dostawaliśmy mniej, niż kosztował komplet strun do takiej gitary, a kosztował parę dolarów - myślisz, że uwierzy?

To ile masz tych gitar?

Kilka, nawet dość porządnych, ale wciąż szukam dla siebie instrumentu, który by mi odpowiadał. To nie snobizm, tylko ciekawość różnych brzmień. Instrument to bardzo intymna rzecz i zupełnie irracjonalny kontakt. Gdybym znalazł właśnie taki jeden, to bym przy nim został, ale już wiem, ze to niemożliwe, bo do różnych rodzajów muzyki "pasują" różne gitary. To tak jak z kobietami: nie ma jednej która uosabiałaby wszystkie kobiece zalety. Oprócz mojej żony.

Więc gitara to nie tylko, jak widzę, sztuka, fach i zamiłowanie ale także, w jakimś sensie hobby?

O, tak ale nie jedyne, a nawet nie pierwsze. Prawdziwe hobby to, od kilku lat strzelanie z pistoletu.

???

Tak zwane "strzelanie dynamiczne", będące dyscypliną sportową, która od zawodnika wymaga pokonania na czas toru niełatwych przeszkód, a podczas ich pokonywania - strzelania na celność i też na czas. Uprawiam to od pewnego czasu, dochrapałem się tytułu wicemistrza Polski, a nawet funkcję sędziego w tej dyscyplinie.

To w końcu jak? - wyrafinowany artysta czy Rambo?

Nic się tu, wbrew pozorom nie wyklucza, a strzelanie to okazja do znajdowania w sobie umiejętności opanowywania w tym samym czasie wielu elementów, koncentruje, wycisza.

Jesteś z Brzeska, mieszkasz w Krakowie, ale nie tyle w Krakowie, co na wsi, nie tyle też na wsi, co za osiedlowym płotem. Czy masz poczucie wspólnoty?

Mam, ale w takiej osobistej skali mikro. Kolegów i przyjaciół mam na przykład niekoniecznie za tym płotem. Przecież tak naprawdę łączy wspólnota gustów, filozofii życia, a nie to samo osiedle, nawet wygodne, jak moje. Trwałe są zasady, których się trzymam, a one są trwalsze od trendów towarzyskich, czy nie daj Boże, politycznych.

Czego lub kogo słuchasz dla przyjemności?

Dla przyjemności słucham żony. A muzyki - każdej i każdej daję z początku kredyt. Moja nieprawdopodobna tolerancja jest i była przysłowiowa.. Po jakimś okropnym powiatowym koncercie Wojtek Bellon poruszony do żywego pytającym go o zdanie ludziom powiedział, że to była taka chała, że nawet Jaśkowi się nie podobało. I tak było. A moje upodobania obejmują wszystko - od Toma Waitsa do Jacka Kleyffa.
Co ci powiem: uwielbiam muzykę country, która powszechnie kojarzy się z butami z wężowej skóry i na salonach uchodzi za obciach i gawiedziaństwo. A naprawdę muzyka country jest przebogata, różnorodna, a grających ją gitarzystów uważam za najlepszych na świecie!

Dziękuję i ukłony dla Żony.


wywiad ukazał się numerze 3-4/2006 kwartalnika


 

 
Design by daltonptojekty 2003-