|
Anna
Treter
Może
tak, może nie
Zupełnie zrozumiałe, że pełniąc w zespole przez blisko trzydzieści lat funkcję "tej drugiej", co to ładnie śpiewa w chórkach, a czasem sama oraz coś tam od czasu do czasu podegra na jakimś prostym instrumencie, ma się ochotę udowodnienia, że opinia powyższa nie jest do końca usprawiedliwiona. Również tego, że ambicje wcale nie wygasły, skrzydła nie opadły, a umiejętność pisania tekstów piosenek nie jest dana tylko liderowi. Tak właśnie odbieram już drugą solową płytę Anny Treter, związaną od początku z Grupą Pod Budą. Pisze dobre, czasem nawet bardzo dobre teksty, w których nie wdzięczy się do słuchaczy i nie opowiada banialuk. Stara się mówić o rzeczywistości takiej, jaka jest, tyle, że opisuje ją ładnym i komunikatywnym, poetyckim językiem. Nie upiększa jej i nie moralizuje. Owszem, mówi o potrzebie ciepła, miłości, o tym, że życie bez wartości traci sens. Nie unika jednak historii naprawdę dramatycznych, jak w opowieści o licealiście, który popełnił samobójstwo z miłości. Trzy dekady spędzone w ciągłym towarzystwie piosenek jednego autora spowodowały, że Treter trudno się od nich uwolnić, nawet nie jestem pewien, czy tego chce. To wcale nie błąd, skoro nad wszystkim unosi się powszechnie lubiany, sympatyczny, krakowski klimat. Wrażenie to potęguje jeszcze warstwa muzyczna, nad którą niepodzielnie panuje kompozytor, aranżer i gitarzysta Jan Hnatowicz. Przez kilka pierwszych lat istnienia Pod Budą, gdy jeszcze Andrzej Sikorowski nie zmajoryzował w pełni repertuaru, Hnatowicz pisał muzykę do wszystkich tekstów lidera. Teraz znów mógł w tandemie z żoną , Panią Anną, pokazać, że sukcesy kompozytorskie z tamtych czasów nie były kwestią przypadku. Rzecz jest zresztą od strony muzycznej nader interesująca. Ciekawa muzyka, aranżacje, świetni instrumentaliści i ciekawy wokalnie Kuba Badach, jak na krakusów przystało, nie przynoszą zawodu. A jednak ten album odebrałem z lekkim niepokojem. Głos Anny Treter brzmi czysto i dźwięcznie, tyle, że jest on taki sam w każdej piosence. Przydałoby się większe zróżnicowanie, chciałbym być choć odrobinę zaskoczony interpretacją, tymczasem każda fraza
kończy się tak samo okrągło i ładnie. Gdyby tak trochę ją połamać, choćby nawet miała stać się szorstka! Trochę szkoda! Ale i tak to ciekawa płyta.
Marcin Andrzejewski
Artykuł
ukazał się w numerze 3/2006 czasopisma
Aby
przenieść się na stronę czasopisma wystarczy kliknąć na powyższe
logo
|