|
Z Anną Treter rozmawia Regina Wasiak - Taylor
"Pod Budą" - 30 lat i dalej śpiewa
Anna to najpopularniejsze imię w Polsce, wyprzedza Helenę, Krystynę i Agnieszkę. Z samym Krakowem związanych jest od lat kilka artystek o tym imieniu: Dymna, Polony, Szałapak, Radwan, Treter. Publiczność znalazła dla każdej z nich właściwe określenie, Anna Treter z zespołu "Pod Budą" jest "słoneczną Anną" - za uśmiech i pogodną naturę, o czym usłyszałam na koncercie pod sukiennicami z okazji 750-lecia lokacji miasta Krakowa.
- A na koncercie jubileuszowym z okazji 30-lecia zespołu "Pod Budą" musiała pani zauważyć, że koledzy mówią do mnie
Andzia.
Dlaczego Andzia?
- A dlaczego nie?
Koncert "Budy" wywołał w ludziach z mojego pokolenia falę nostalgii. Pamiętam kiedy po raz pierwszy pojawiliście się na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1979 roku. I żeby było jeszcze trudniej pogodzić się z upływem czasu, uprzytomniłam sobie, że śpiewaliście wtedy "Kap, kap płyną łzy..."
- Ta piosenka w rzeczywistości nazywa się "Bardzo smutna piosenka retro. Napisana dla żartu, jako pastiszm nieoczekiwanie stała się znakiem firmowym zespołu. Niewiele osób pamięta jej oryginalny tytuł, wszyscy nazywają ją po prostu "Kap, kap..."
Wasz debiut w opolski amfiteatrze zakończył się wyróżnieniem...
- Tak. Ale ten debiut nie był początkiem grupy.
Jak więc narodził się zespół?
- Narodził się w krakowskiej piwnicy przy ulicy Ziaji, gdzie działał kabaret "Pod Budą" prowadzony przez energicznego Bohdana Smolenia. Występowała w nim już, egzotyczna dla nas wszystkich Greczynka Chariklia Motsiou. W 1972 roku trafiłam tam jako pianistka i wokalistka. Pamiętam, że na pierwszej próbie pojawił się też Jan Hnatowicz. I tak powoli do popularnego wtedy kabaretu Wyższej Szkoły Rolniczej, którzy tworzyli głównie studenci WSR, dochodzili kolejni przyszli członkowie "Budy". Latem 1975 roku dołączył do nas Andrzej Sikorowski. Zespół muzyczny kabaretu, który przyjął nazwę Grupa Muzyczna "Pod Budą" tworzyli: Chariklia Motsiou - śpiew, Anna Treter - śpiew, fortepian, Krzysztof Gawlik - skrzypce, Jan Hnatowicz - gitarzysta i kompozytor, Andrzej Sikorowski - autor tekstów i muzyki, śpiew, gitara, mandolina, Andrzej Żurek - gitara basowa. Początkowo programy kabaretowe ściągały publiczność, ale kiedy Smoleń przeszedł do "Teya" nie było pomysłu na kontynuację kabaretowych działań, natomiast nasza grupa muzyczna rozwijała się coraz lepiej. Jej faktycznymi narodzinami stał się występ w Świnoujściu, w lipcu 1977 roku, Festiwalu Artystycznym Młodzieży Akademickiej "Fama". Zaprezentowaliśmy wtedy szerszej publiczności nasz autorski program i w ciągu krótkiego czasu cała polska śpiewała szlagiery: "Balladę o walizce", "Balladę o ciotce Matyldzie", "Bluesa o starych sąsiadach"...
...czyli ballady określały styl nowej grupy.
- Charakter tego, co wtedy graliśmy i gramy do dzisiaj, to jest ballada oparta na tekście literackim i prostej, choć niebanalnej kompozycji, oprawionej dyskretną aranżacją, w zrozumiały dla słuchacza sposób podane słowa. Nasze piosenki nie mówią o niczym, zawsze opowiadają jakąś historię, śpiewamy raczej o rzeczach drobnych, z których składa się codzienne życie, a muzyka tworzy klimat...
Czy to mogłaby być recepta na powodzenie dla zespołu muzycznego?
- Chciałabym znać taką receptę! Od naszych fanów wiemy, że publiczność ceni nas za wierne trzyma nie się obranego nurtu muzycznego i za wierność sobie. 30 lat temu przychodzili na nasze koncerty nasi rówieśnicy, teraz nadal przychodzą ale już ze swoimi dziećmi i nierzadko z wnukami. Za co jeszcze nas cenią widzowie? Za zawodową uczciwość - że nigdy nie wyjdziemy na scenę podparci playback'iem, że koncert rozpocznie się punktualnie. To są zdawałoby się małe rzeczy, ale i one składają się na obraz grupy, który prezentuje.
Wydawało mi się, że zespół scalała przede wszystkim przyjaźń i udane małżeństwa?
- Pewnie jest w tym część prawdy. W grupie były dwa małżeństwa: Andrzej Sikorowski poślubił Chariklię, która odeszła z zespołu po urodzeniu córki Mai (notabene, Maja dołączyła trzy lata temu do "Budy") ja wyszłam za mąż za Jana Hnatowicza, który po dziesięciu latach odłączył się od grupy, ale do dziś pozostał jej kompozytorem. Tak, przyjaźń nas scalała i nasze związki były bardzo silne. Początkowo mieszkaliśmy w jednym bloku, a byli to: Sikorowscy, Hnatowicze i Zurkowie, potem wszyscy przenieśliśmy się do domów, do podkrakowskiej Rząski, a za nami podążył również nasz nowy gitarzysta Marek Tomczyk.
Grupa Pod Budą nadal koncertuje, nie daje wprawdzie 200 występów rocznie jak kiedyś, ale ma swoich wielbicieli i ciągle o niej się mówi jako o najlepszym towarze eksportowym z Krakowa. Po 30 latach wysługi zawodowej ludzie na ogół odchodzą na emeryturę, żywot większości zespołów muzycznych jest krótki, a Pani
wzbogaciła swoją artystyczną sylwetkę, chyba zgodnie z zasadą, że życie zaczyna się po pięćdziesiątce...?
- Czasem w repertuarze "Budy" pojawiały się moje kompozycje, nigdy nie pisałam tekstów. Nie było takiej potrzeby, ponieważ świetnie robił to Andrzej Sikorowski. Tymczasem we mnie drzemała poezja. Zaczęłam sama pisać słowa, a mój mąż skomponował do nich muzykę. Tak powstała w 2003 roku moja pierwszapłyta solowa "Na południe", do której kilka tekstów napisali także Andrzej Poniedzielski i T.W. Krawczyk a gościem specjalnym był Ryszard Rynkowski. No i od tego czasu moje życie zawirowało...
Piosenka ze słowami "Bo ja nie chcę żadnych zmian" była więc zwykłą kokieterią?
- Raczej "licentia poetica". Ta piosenka pochodzi z mojej drugiej solowej płyty "Może tak, może nie" a dziś jest już i trzecia "Bez retuszu", będąca zapisam koncertu , jaki odbył się w krakowskich Krzysztoforach jesienią 2005 roku. W nowych rolach: solistki, autorki tekstów, menedżera zespołu i jego konferansjera czuję się doskonale. Odkryłam, że pisanie tekstów sprawia mi wielką przyjemność, podejmowanie decyzji w sprawach koncertów, nagrań, reklamy, współpracy z mediami - jest pozytywnym wyzwaniem
dającym radość. Na moich solowych płytach staram się opowiedzieć coś ciekawego o sobie, o ludziach których spotkałam po drodze, rzeczach które mnie zdziwiły, o czasie minionym i przyszłym... Lubię recitale i spotkania z publicznością, dlatego tak często wyjeżdżam z koncertami. Towarzyszy mi zespół pięciu znakomitych muzyków ( do nich zaliczam również mojego męża, Janka Hnatowicza ) czasem zabieramy w drogę kwartet smyczkowy, czasem mały chórek.
Gwiazda Anny Treter błyszczy jak nigdy dotąd, krytyka muzyczna jest też łaskawa, nazywając Panią "jedną z najlepiej spiewających kobiet w Polsce". Mnie jednak zadziwiła - i to jest główny powód naszego spotkania - pani praca społeczna i artystyczna na rzecz środowiska i miasta.
- Myśli pani o "Piosenkarni"?
Tak.
- W ubiegłym roku otworzyłam w Krakowie "Piosenkarnię" - miejsce spotkań młodych ludzi którzy śpiewają, komponują, piszą wiersze, chcą wymienić poglądy i doświadczenia z podobnymi sobie. Takiego miejsca brakowało w naszym mieście. Wiedziałam o tym od dawna. Spotykamy się co miesiąc w Dworku Białoprądnickim, ja z moim zespołem otwieram wieczór kilkoma utworami. Obecność za każdym razem innego gościa, którym jest artysta - na ogół znany - daje okazję do rozmów na temat kariery, warsztatu i wielu interesujących młodzież aspektów pracy twórczej. Podczas spotkań młodzi prezentują swoje utwory i prace, robią to bez skrępowania, z dale od medialnych wyścigów, zalewu tandety i mody. Z wielką przyjemnością obserwuję jak nawiązują się między nimi przyjaźnie, widzę, że tworzą między sobą zespoły muzyczne, piszą na wzajem dla siebie teksty. W "Piosenkarni" znikają bariery zawodowe i między pokoleniowe, bo łączy nas wspólna sprawa - piosenka literacka. Wystarczy powiedzieć, że po pierwszym roku naszej działalności w finałowym koncercie wzięło udział przeszło 50 wykonawców. Poza tym moi podopieczni nabierają odwagi i doświadczenia i czasem próbują swych sił na ogólnopolskich przeglądach i festiwalach.
To całe przedsięwzięcie musi chyba sporo kosztować? Kto panią wspiera w realizacji tego projektu?
- Fundusz mam bardzo niewielki. Bazuję raczej na pasji i chęci pomocy płynącej ze strony współorganizatorów, władz miasta i uczestników.
Myślę o pani "Piosenkarni" i zastanawia mnie już od pewnego czasu kwestia następująca: czy bakcyl pracy charytatywnej nie krąży po Rząsce po sąsiedzku? Mieszka pani obok Anny Dymnej, która oprócz tego, że jest jedną z najpopularniejszych polskich aktorek to również jest wybitną filantropką. Nawiasem mówiąc, w najbliższą niedzielę będziemy gościli Dymną w POSK-u, właśnie w tym podwójnym charakterze.
-To zabawne spostrzeżenie... ja istotnie mieszkam obok Anny Dymnej. Dzieli nas jedynie płot, który bywa także miejscem długich konwersacji - zarówno zawodowych jak i tych dotyczących pielęgnacji ogródków. Mam ze strony Ani również wielkie duchowe wsparcie w sprawie którą
teraz żyję. Tworzę właśnie fundację pod nazwą "Piosenkarnia Anny Treter" której celem będzie promocja wartościowej twórczości, pomoc młodym ludziom w ich rozwoju artystycznym, ratowanie ginącego gatunku, jakim jest piosenka literacka. Mam nadzieję, że za kilka lat będę mogła z dumą opowiadać o osiągnięciach.
Życzymy pani powodzenia w założeniu Fundacji oraz sukcesów w pracy artystycznej i społecznej. Mam nadzieję, że zajrzy pani kiedyś do polskiego Londynu, aby zaśpiewać dla tutejszej publiczności.
- Zrobię to z największą przyjemnością.
Dziękuję za rozmowę.
wywiad
zamieścił
|
|
w
nr 205 12-14 października 2007
|
|