powrót
ustaw jako stronę startową
dodaj do ulubionych

    Jesteś na stronie  

- Nie był to wprawdzie jeszcze „sex, drugs and rockandroll”, ale na pewno traktowano nas jak chuliganów
- tak Jan Hnatowicz, wieloletni gitarzysta i kompozytor „Grupy Pod Budą”, wspomina młodzieńcze lata spędzone w Brzesku.


Bigbit dla niepokornych


Gdzie mieszkał Pan w Brzesku?

- Cały czas mieszkałem na ulicy Osiedlowej 18.

Czy legendy o kawałach w liceum to prawda? Podobno czas Pana nauki był najlepszym okresem w dziejach szkoły. Kto był wychowawcą?

- Nie wiem, jakie to legendy. Musiałbym je usłyszeć, żeby to jakoś zweryfikować. W czasie, kiedy chodziłem do liceum w Brzesku, spotkałem wielu bardzo fajnych ludzi. Z niektórymi z nich przyjaźnię się do dzisiaj i utrzymuję ścisłe kontakty. Ponieważ czasy były dość trudne i biedne, musieliśmy się często ratować fantazją i humorem, a tego na szczęście nam chyba nie brakowało. Co do samej szkoły, moim wychowawcą był Stefan Bystrzyński, zwany „Szpakiem”. Natomiast atmosfera w szkole nie bardzo sprzyjała rozwijaniu pasji muzycznych w gatunku, który wtedy chcieliśmy grać, czyli tzw. bigbitu. Było to raczej tępione, zwłaszcza przez ówczesnego dyrektora. Faktem jest, że nie byłem wybitnym uczniem, ponieważ znacznie więcej czasu poświęcałem grze na gitarze i słuchaniu muzyki niż nauce. Moi rodzice też nie byli tym zachwyceni, co powodowało, niestety, częste konflikty rodzinne. Czy był to najlepszy okres w dziejach szkoły? Nie wiem, na pewno bardzo ciekawy, przynajmniej dla mnie.

Kto nauczył Pana muzyki?

- Jestem samoukiem. Uczyłem się od innych. Podpatrywałem, pytałem, słuchałem płyt. Dużo pomógł mi, na samym początku, nieżyjący już niestety, Janusz Witowski, niezwykle utalentowany i wszechstronny człowiek. W Brzesku nie było możliwości nauki gry na gitarze tego, co chciałem grać. Jedynym nauczycielem był wtedy Pan Skrobutowicz, ale uczył gitary klasycznej, a to mnie nie interesowało, więc jedyną drogą była nauka ze słuchu, z płyt i radia, i od innych muzyków. Później, już w czasach krakowskich, dzięki pracy w Kabarecie, a później w Grupie Pod Budą, miałem okazję poznać wielu wybitnych muzyków. Z niektórymi nawet miałem przyjemność współpracować. To dało mi naprawdę bardzo wiele, nie tylko w sferze czysto muzycznej, ale również życiowej.

Pamięta Pan brzeski debiut?

- Grałem w rozmaitych zespołach - Harc Hades, Księżycowi Kawalerowie i jakieś inne, różne dziwne nazwy. Nie miało to zresztą większego znaczenia, bo przez większość z nich przewijali się ci sami ludzie. W ostatnim okresie mojego brzeskiego grania wraz z Włodkiem Uchwatem i Zbyszkiem Kormanem stworzyliśmy trio, które wykonywało bluesowo-rockowe standardy i to była na pewno najciekawsza miejscowa kapela, z którą muzykowałem.

Czy bardzo naprzykrzaliście się sąsiadom piwnicy, w której ćwiczyliście?

- Wtedy w ogóle granie tzw. bigbitu raczej źle się kojarzyło. Nie był to wprawdzie jeszcze „sex, drugs and rockandroll”, ale na pewno traktowano nas jak chuliganów. Na szczęście, był klub Hades, gdzie przygarniał nas pod swoje skrzydła Marian Herbert, dzięki któremu mogliśmy grać. Czasy były ciężkie, brakowało instrumentów, wzmacniaczy i miejsc, gdzie można było poćwiczyć, więc ten klub MPGK był dla nas naprawdę czymś bardzo ważnym. Na szczęście, sąsiadów w pobliżu nie było zbyt wielu, no i możliwości sprzętowe były wtedy więcej niż skromne, żeby zakłócać czyjkolwiek spokój. O ile pamiętam, nie było raczej takich wypadków, ale może się mylę…

Jak to się stało, że nie tylko Pan, ale również Andrzej Żurek z Brzeska trafił do zespołu „Pod Budą”?

- Do kabaretu „Pod Budą” trafiłem najpierw ja w 1973 roku. Byłem studentem geodezji Wyższej Szkoły
Rolniczej. Przy uczelnianym klubie „Buda” działał kabaret „Pod Budą”, którego główną gwiazdą był wtedy Bohdan Smoleń. Dowiedział się on pocztą pantoflową o mnie i zaproponował współpracę.
Zostałem gitarzystą i kompozytorem w zespole, który akompaniował występującym w kabarecie artystom. Na fortepianie grała tam i śpiewała moja późniejsza żona Anna Treter oraz śpiewała greczynka Chariklia Motsiu (później żona Andrzeja Sikorowskiego). Po jakimś czasie zespół zaczął się rozrastać i potrzebowaliśmy basisty. Ponieważ znałem jednego, mojego szwagra, Andrzeja Żurka, zaproponowaliśmy mu współpracę. W 1975 roku do kabaretu dołączył śpiewający poeta Andrzej Sikorowski i tak w 1977 roku z tego właśnie zespołu akompaniującego, powstał zespół muzyczny znany później jako „Grupa Pod Budą”.

Jak dobiera się zespół, który może przetrwać przez 30 lat? Czy decyduje o tym nie tylko
profesjonalizm?

- Jak widać, tutaj decydowały głównie związki rodzinne i układy koleżeńskie. Byliśmy grupą kolegów i rodziną, mieszkaliśmy i nadal mieszkamy obok siebie. Kiedyś spędzaliśmy razem mnóstwo czasu, nawet wakacje. To na pewno jednoczy bardziej niż tylko czysto zawodowe relacje.

Jak Pan ocenia czas spędzony - lub nadal spędzany - z zespołem?
Czy to tylko wspólne występy, trasy koncertowe, nagrywanie płyt?

- To bardzo ważna część mojego życia. Kiedy występowałem z „Budą”, równolegle grałem też z innymi, bardzo wybitnymi artystami jak: Wolna Grupa Bukowina, Wojtek Belon w solowych projektach, Leszek Długosz, Martyna Jakubowicz, Jorgos Skolias i inni. „Buda” była jednak moim głównym, macierzystym zespołem, aż do 1987 roku, kiedy przestałem z nimi występować, ale wciąż pisałem piosenki i siłą rzeczy, przez rodzinne związki uczestniczyłem w życiu zespołu.

Proszę opowiedzieć o bardziej znaczących, zapamiętanych wydarzeniach z historii „Budy”.

- Tych momentów było wiele - na pewno pierwszy występ jako samodzielny zespół na Famie 77,
pierwszy festiwal w Opolu, gdzie dostaliśmy nagrodę, wyjazdy zagraniczne, tak wtedy dla nas egzotyczne i tylko dzięki zespołowi osiągalne, nagranie pierwszej solowej płyty „Pod Budą”, rzecz wtedy bardzo rzadka, a przede wszystkim poznanie mnóstwa wspaniałych ludzi.

Nagroda w Opolu w 1979 roku za „Smutną piosenkę retro” przyniosła zespołowi popularność.
Czy także pieniądze?

- Na pewno dzięki tej nagrodzie mogliśmy grać o wiele więcej koncertów, a z tego głównie wtedy się żyło. Niestety, pieniędzy z tego tak wielkich, jakby można się spodziewać, nie było. Dopiero po 1989 roku, kiedy to wszystko zaczęło funkcjonować w miarę normalnie, zaczęliśmy zarabiać „normalne pieniądze”, również ze sprzedaży płyt, które rozchodziły się w sporych nakładach.

Dlatego wcześniej trzeba było wyjechać do USA?

- Do USA pojechałem z ciekawości. Był rok 1988. Właśnie skończyłem nagrywać kolejną płytę z Martyną
Jakubowicz i zanosiło się na kilka miesięcy przerwy. Ponieważ miałem ważną wizę postanowiłem to wykorzystać. Miałem zamiar pojechać na kilka miesięcy, a zostałem trzy lata. Dla mnie, jako muzyka, był to wyjazd jak do Mekki, tam było wszystko to, co w muzyce najbardziej lubiłem. W Stanach spotkałem mnóstwo znajomych, muzyków i nie tylko. Po roku przyjechała moja żona, więc tym bardziej nie chciało mi się wracać, zwłaszcza, że wtedy w Polsce nie było zbyt różowo.


Co Pan tam robił? Wiem, że w Chicago koncertował Pan z Anną Treter w polonijnym klubie
Cafe Lura. Kto przychodził na te koncerty - jaka to była Polonia? Pewnie sporo wśród słuchających
było brzeszczan?

- Nie traktowałem pobytu w USA jako sposobu na „dorobienie się”. Raczej jak wielką przygodę. Robiłem tam różne rzeczy, a ponieważ trochę znam angielski, na pewno było mi łatwiej. Przejechaliśmy z żoną
całe Stany, od Kalifornii do Nowego Jorku. Byliśmy w wielu wspaniałych miejscach, gdzie rzadko Polacy docierają. Graliśmy w różnych klubach, również często w Cafe Lura, gdzie jakiś czas pracowałem jako barman i tam spotykaliśmy mnóstwo znajomych z całej Polski, w tym również, oczywiście, z Brzeska. Były to w większości spotkania bardzo miłe i przyjacielskie.


Czy to Panu odgryzał się Andrzej Sikorowski, śpiewając „moi koledzy poszli w biznesy”?

- Nie sądzę. Myślę, że ta piosenka powstała, zanim ja zacząłem prowadzić tzw. biznes.
A jeśli nawet, to ponieważ występuję już w kilku piosenkach, nawet z imienia i nazwiska, więc jedna więcej nie zaszkodzi.


Dlaczego rozstał się Pan z zespołem? Łatwiej być biznesmenem niż muzykiem?

- Myślę, że do jednego i drugiego trzeba mieć talent. Z zespołem tak naprawdę nie rozstałem się
do końca nigdy, bo, nawet prowadząc własną firmę, cały czas komponowałem, nagrywałem i byłem producentem dla „Grupy Pod Budą”. W tym czasie nie zerwałem kontaktu z muzyką, występowałem i wciąż występuję z moim przyjacielem Krzysztofem Piaseckim, biorę udział w solowych projektach Anny Treter oraz współpracuję z innymi artystami. Przestałem z „Budą” występować, jak już wcześniej wspomniałem, w 1987 roku, czyli przed moim wyjazdem do USA, kiedy o żadnym biznesie nawet
mi się nie śniło. Było to spowodowane głównie względami artystycznymi, ponieważ miałem trochę inną wizję przyszłości zespołu niż Andrzej Sikorowski, a także dlatego, że chciałem robić coś więcej niż pozostawać w dość jednak ograniczonej formule zespołu „Pod Budą”. Dzięki temu miałem okazję współpracować z najlepszymi muzykami w Polsce, bardzo rozwinąć się jako muzyk oraz spróbować swoich sił w innych gatunkach.


Czy atmosfera Brzeska w jakimś zakresie zainspirowała niektóre piosenki Andrzeja Sikorowskiego?

- O to raczej proszę spytać Andrzeja. Kiedyś dość często bywał w Brzesku, więc nie jest to wykluczone.

Często Pan wraca do rodzinnych stron?

- Kiedy żyli moi rodzice, starałem się odwiedzać ich jak najczęściej. Czasami udawało mi się być w Brzesku nawet kilka razy w miesiącu. Teraz, po ich śmierci odwiedzam głównie cmentarz. Czasami spotykam się z kilkoma kolegami, którzy jeszcze tutaj zostali, ale niestety coraz rzadziej.

Rozmawiała Iwona Dojka

wywiad pochodzi z "Tygodnia Brzeskiego" 8 kwietnia 2009



 

 

Design by daltonptojekty 2003-